Monday, 3 August 2015

Wyzwanie, czyli challange accepted!

Siąść gdzieś w pięknym zacisznym miejscu, delektować się cudownym widokiem, popijać kawę w cieniu i rysować - czy można sobie wyobrazić piękniejsze wakacje?  Na dodatek pośród gruzińskich krajobrazów, w ciepłym kaukazkim słońcu. I jeszcze tylko godzina świętego spokoju, a będę najszczęśliwszą osobą na świecie!

Góra wyzwań, albo tylko odpowiednia ich doza. Widok na górę Kazbegi w pobliżu Stepancminda. Będę :)!

Sit somewhere in a beautiful silent place, cherish the wonderful outlook, sip espresso in the shadow and draw - could you possible imagine better things during the summer days than these ? Additionally, in the middle of landscapes of Georgia in the warm Caucasian sun. Give me only one hour of peace there, and you’ll get the happiest person in the world! :) 

Już za 2 dni ruszamy przed siebie. Plecak, szkicownik i bilet do Gruzji. 14 dni i plan podróży podporządkowany jednemu celowi - uwiecznić 14 ciekawych wspomnień w szkicowniku  Sama podróż to wyzwanie, ale jeszcze rysowac?

Already in 2 days we are setting off on a journey. Backpack, sketchbook and ticket to Georgia in Caucasus. 14 days of travel with one goal - bring 14 sketches that catch the memories in my sketchbook. This trip is already a challenge, but sketchin?


Keep calm, travel, sketch & mesmerise


Podróżuj, rysuj, daj się uwieść wspomnieniom ;). Skąd ten pomysł?  Rok temu podjęłam się wyzwania, nikomu o tym nie mówiąc. Jego historia jest bardzo prosta.  Ruszyłam samotnie w podróż po Bałkanach z plecakiem i eurobiletem na pociąg - bez większego planu i oczekiwań, z nadzieją, że wszystko co się wydarzy będzie cudowne.

Gdy już pierwszego dnia, o 6:30 rano udało mi się znaleźć jedyną otwartą kawiarnię w Ljubljanie, z przyjemnością zamówiłam espresso i rozejrzałam dookoła. Wyobraźcie sobie ten poranek nad rzeką, z cudownym widokiem na katedrę po drugiej stronie brzegu. Nic nie musisz, nigdzie się nie spieszysz, nikt od Ciebie nic nie chce. I ten spokój. Wzięłam szkicownik i zaczęłam rysować po wielu latach przerwy.  I tak już do końca podróży. Postanowiłam robić to codziennie. 


Last year I mounted my own challenge without telling anybody. Its history is quite simple. I set off alone on a journey around the Balkan Peninsula with a rucksack and rail euroticket - without special plan or expectations, only with hope that whatever will happen is going to be wonderful. 


As soon as I arrived to Ljubljana at 6:30 at the morning, I managed to find the only one open cafeteria and ordered pleasantly a cup of espresso, then I looked around me. Just imagine that morning at the banks of the river with a wonderful outlook for a cathedral's towers on the other side. You do not have to anything, you are not in rush, noone wants anything from you. And that tranquility. I took the sketchbook and started to draw after many years of break. And I did continue so till the end of my trip. Moreover, I challanged myself to do it everyday.



 

Travel journal - The Balkans 2014. Sketchbook/Szkicownik: Muji


Kiedyś przez kilka miesięcy całymi dniami produkowałam rysunki archeologiczne dla jednego z niemieckich muzeów. Jednak rysowanie tego co się widzi w przestrzeni, to było coś zupełnie innego niż odrysowywanie średniowiecznych garnków i ostróg! To była dopiero frajda! Z jednej strony ogarniała mnie frustracja, że nie wychodzi mi jakieś drzewo albo perspektywa jest koślawa, a z drugiej ta satysfakcja - gdy w końcu się udawało - sprawiała, że chciałam jechać dalej, rysować nowe miejsca i robić to lepiej.  Rysowałam codziennie, a nawet kilka razy dziennie i choć efekty bywały różne, doskonale pamiętam ludzi, którzy wówczas do mnie podchodzili i rozmawiali.


Na przykład simit (na zdjęciu powyżej rysunek po prawej stronie pod strzałką) rysowałam popijając czaj i słuchając gawęd poznanego couchsurfera, tureckiego studenta Sameta, który opowiadał mi o swoich problemach z ortodoksyjną rodziną i swoich marzeniach o Sarajewie. Opowiedział mi legendę, zgodnie z którą z simitu można napić się wody z dwóch kranów. Jeden kran  oznacza, że wrócisz do Sarajewa. Drugi, że poślubisz mieszkankę lub mieszkańca Sarajeva.  Napisliśmy się z jednego, ale nie wiedzieliśmy tylko który oznacza co, więc postanowiliśmy zapytać w pobliskiej kawiarni i ... utknęliśmy tam na kolejne godziny z bośniacką kawą, ustalając poprawną wersję legendy z obsługującą nas dziewczyną. Jeden rysunek, a tyle wspomnień.





Once I was producing a large number of archeological sketches  all day longs for couple of months  for one of the German museums. However sketching what you actually see specially in front of you - that was completely different kettle of fish in comparison to the careful drawing of the middle-age pots or iron spurs! How much more fun it was! On the one hand, I was frustrated not to be able to sketch a tree properly or that perspective was not exact, but on the other hand, whenever I managed to do it as I saw it in my head, satisfaction was priceless and I wanted to travel more and do it even better. I sketched every day or couple of times a day and although the results varied, I exacly remember people who approached me for a chat back then.


For instance I have been sketching 'simit' (on the photo above, the picture to the right, behind the arrow), while sipping chay (tea) and listening to the tranquil voice of a couchsurfer, a Turkish student Samet, who shared with me his stories about his orthodox Turkish family and his dreams about Sarajevo. He told me a legend that I suppose to try drinking water from 'simit'. One tap means that you are going to come back to Sarajevo one day. Another one, that you will get married with a women/men from Sarajevo. We drank form one of the taps, but we did not know which one meant what! Hence, we asked in a cafeteria nearby where we stack for another hours with Bosnian coffee, disputing with a lady the correct version of the ledgend! One picture and so many memories!



Gdzieś w połowie podróży, wyzwanie spodobało mi się na tyle, że wymyśliłam nazwę bloga, by nie zamykać tych wspomnień w notatniku. Było to w czasie wspinaczki na górę z fortecą w Czarnogórze, Kotor, miasto kotów.
Skoro mogłam rysować na Bałkanach, to czemu nie w Gruzji? W końcu, tym razem mogę się nieco lepiej przygotować.

Somewhere in the middle of the journey, I started to like my challenge so much, that I made up the name of this blog in order to not close all those memories in the notebook. It was while hiking to the fortress on the mountain in Montenegro, in Kotor, the city of cats.

Why not traying then this also in Georgia? At least, this time, I can prepare myself a bit better.




O takie wyzwanie. 1 dzień, 1 szkic, 1 piękne miejsce, 1.000 wspomnień.

Zdjęcia z mojego wyzwania będzie można oglądać na instagramie z tagiem #ONEgirlwithasketchbook. W miarę dostępu do Internetu. Start w czwartek :). Link jest po prawej stronie u góry ekranu lub tutaj. .


A może masz  ochotę się przyłączyć do wyzwania, ale nie umiesz rysować? Cóż, zdarza się (>_<). W takim razie zrób jedno naprawdę piękne zdjęcie, które uchwyci jedną piękną chwilę, którą chciał/abyś wspominać za rok, dwa lub trzy. Ale to musi być 1 takie wypieszczone zdjęcie - codziennie, przez 14 dni :). Spróbuj uchwycić wspomnienia.



Photos from my challange you can watch on my instagram profile or with tag #ONEgirlwithasketchbook. Depending on my Internet access of course. Start on Thursday. Link is on the right side of this page at the top or here .


You want to join to my challenge  but cannot sketch? Well, happens ;). Then take ONE  really beautiful photo that catches unforgettable moment for you that you wish to remember for next years. ONE photo a day, but everyday 14 days long :)! Try to catch your memories.




-hey, what's new? -...mhm... and do you want to listen about Georgia? - no - then.. nothing new. [Zdjecie ze sciany, mentalno-wizualne planowanie ;)]

Uda się? Oby! 

Plan jest trochę napięty, a dodatkowo w tym roku postanowiłam szkicować w kolorze - farbami! Wyzwanie, to wyzwanie! :)

Will I manage? Hopefully! The schedule is a bit tight, and moreover I want to sketch straight away in colour this year! Challange is challange.

Trzymajcie kciuki :)

 

that girl with a sketchbook 

Thursday, 30 July 2015

Postcard from Narnia

Tenemos vacaciones! - that was the response from my future-to-be Spanish teacher, when I inquired for the autumn classes... Yeah, was I too eager? For sure! Chill-out mode has been activied in the best place for chill out! Sketchbook was with me!

 



 -Tenemos vaccines! - czyli mamy wakacje - taką  odpowiedź dostałam od mojego przyszłego nauczyciela hiszpańskiego, gdy spytałam o lekcje.Na jesieni. Czy mi się nie za dużo chce? Ej no pewnie! Ale bez obaw, tryb czilowania został aktywowany! I to w najlepszym miejscu do czilowania! A szkicownik pojechał ze mną :)!  



Kretowiny

- Expectations? Isn't that end of the world?
- Yes, but the tranquility of this place will steal your heart. 

- And then I will be heartless. And will I die? Out of boredom?


- Oczekiwania? Czy to nie jakis koniec swiata (zadupie)?
- Tak, ale spokój tego miejsca skradnie twe serce.
- A wtedy będę bez serca. I umrę? Z nudów?

-Kajak czy łódka?
- A kto wiosłuje?

Kretowiny są wioseczką. Malutką. To półwysep i całą wioskę można obejść piechotą w około 20 minut. Tam czas nie płynie. Tam nie ma czasu. On tam umarł w ogromnie nudnych męczarniach!
Rozrywki są tak prose, że po pierwszym dniu irytacji - przecież ja tutaj nic nie robię! - przeszło mi. A jednak można znaleść radość w chodzeniu na pomost i plaze,  grze w "babinktona", chodzeniu na lody, gofry i automaty, a w chłodne dni grze w planszówki. Ot, takie tam karpe djem, karpia zjem!
 
Kretowiny is a tiny village. Really tiny. It is a peninsula and all the village you can walk within aproximately 20 minutes. Times is not passing there. Time is gone there. It has died in the horror!
Atractions are so simple, that after the first day of annoyance - come on, I am doing here nothing! - feeling was gone. Somehow you can find joy in walking to the little pier or beach, playing badminton, having ice cream, waffles or playing outdoor game machines, and during cooler days playing the boarding games! Ot, carpe diem!




 

Pozdrowienia z Narnii, czyli o jeziorze Narie.


Umówmy się, że przesadzam. Jest tam jezioro i ktokolwiek lubi pływać, żeglować i odkrywać sporty wodne - to pokocha to miejsce! Kajaki, żagle, windsurfing, rowerki wodne ze zjeżdżalnią, łódki i jedno z najpiękniejszych jezior w niedalekiej odległości od Gdańska - Narie. Wieczorem jest całkiem przaśna dyskoteka Narie lub koncerty rockowo/bluesowe w Pensjonacie Helena.

Greetings from Narnia or about the Narie lake.
Let us agree - I am exaggerating. There is a lake and whoever likes swimming, sailing and discovering water sports will love this place. Kayaks, sailing, windsurfing, pedal boats with water slide (!), boats and one of the most beautiful lakes in the near vicinity from Gdansk - the Narie lake. At the evenings you got there quite ...interesting discoteque Narie or rock/blues concert in the pencion Helena, where I stayed. I have spent there a little more than two weekends and I have even managed to find regatta!


Spędziłam tam trochę więcej niż dwa weekendy i nawet udało mi się trafić na regaty!



Pozdrowienia!

A z nareńskiej szafy wypadł mi prosto do głowy pomysł, zaiste, nie z tej ziemi :)! O tym, wkrótce. Zanim łódki odpłynęły od brzegu, udało mi się jeszcze coś zmalować. Jednak, zabranie farb akwarelowych nie było aż takim złym pomysłem...zwłaszcza, że plan był - nie robić nic

And from the waredrobe of Narnia there was, indeed, a magic idea falling directly into my hear! However, I will spill the colour soon. Before the yachts left the banks I have still managed to paint something. Taking the watercolour paints was not that bad idea indeed. Particularly, that the plan was - doing nothing.


 

Scan. Finally the forgotten watercolour sketchbook from Moleskine (a gift for myself from Paris) found its use. Bad news: the previous sketchbook is almost finished and this one has thick pages and therefore much more place for painting - yeah!






 

Jak gdzie kiedy? How, where, when?


Where to stay:

Pensjonat Helena. Kretowiny.
Bez dwóch zdań. Najmilsza i najbardziej bezpardonowa gospodyni w okolicy! Oraz domowe jedzenie od serca. Zaden zamulający gość jej nie straszny. Oto bezczelna reklama z mojej strony - bowiem jest to jedna z ulubionych cioć mojego kolegi, ale byłam, podobało mi się i polecać szczerze mogę :)!

Kiedy: na regaty, na weekend lub na dwa lipcowe tygodnie, kiedy grupa chłopaków z Gdańska przyjeżdża wieczorami zamulać bluesowo i rockowo w Helenie. Więcej info na pewno co roku u pani Ani.

Jak: pociąg z Gdańska do Morąga, a potem PKS do Kretowin (ok. 8 km).


Na wspomniane koncerty w Helenie, nawet udało mi się popełnić plakat. Ot, wakacyjny szpas.
Gdy rozwieszaliśmy je po okolicy, jakiś chłopak podszedł zapytać, czy dostanie jeden.
- Ale przecież nawet nie słyszałeś jak grają?
- No ale plakat mogę wziąć!
- To wpadnij na koncert do Kretowin!
Szacunek. Przyjechał. Z kolegami :)!
Ot, Kretowińskie uroki.


UDANYCH WAKACJI & enjoy the summer :)!

that girl with a sketchbook


Koncert co wieczór, a kto by odmówił? - Concert every evening, who could resist?

Sunday, 14 June 2015

Mt. Silver is calling


Going to Silver Mountain sounds just as magic as the name of this place. Although I have expected to get to a tiny abandoned village in the middle of nowhere in the mountains, it turned out to be a beautiful enchanting place with tranquillity to offer.

Wyprawa do Srebrnej Góry zdaje się take samo nieprawdopodobna jak jej nazwa. I chociaż oczekiwałam raczej maleńkiej opuszczonej wioski po środku niczego, okazało się, że to miejsce oczarowuje spokojem.

A way like a pilgramage.
Long. Way to long. From the Baltic Sea to the former Galicia. In the car radio we laughed at the czech language. But when we came to visit house of people filled with happiness, ultimately the tiredness did not matter. A tiny glass of local moonshine as a warm welcome.
And the first girl of tomorrow. We arrived to the house of braid


Pielgrzymowanie. 
Droga była długa. Nawet bardzo. Znad Bałtyku do dawniejszej Galicji. Z samochodowego radia płynęła czeska mowa ku naszej uciesze. Kiedy jednak przyjechaliśm do dome wypełnionego radością, zmęczenie przestało mieć znaczenie. Maleńki kieliszek lokalnego samogonu na ciepłe powitanie. I najważniejsza panna nadchodzącego dnia. W końcu przybyliśmy do domu panny młodej



Although, I am the last person who would adore the weddings, this one was simply beautiful. This sketch has been drawn in the terrace of the hotel, that it took place in. 2 hours left before marriage: iron the dress -10 minutes; shower - 15 minutes; make up - 10 minutes, letting your hair sun dry while sketching - 60 minutes. Silent sketching time.

Milo, że nie przepadam za weselami, to było naprawdę piękne. Ten rysunek powstal na tarasie hotelu, w którym się ono odbywało. 2 godziny do ślubu: prasowanie sukienki - 10 minut, prysznic - 15 minut, makijaż - 10 minut - suszenie włosów na słońcu podczas rysowania - 60 minut. Rysowanie i święty spoke




If not for a wedding, then simply for the landscapes. Delicious food, forts, a lot of history and enchantingly narrow streets leading to the top of the Silver Mountain. That weekend was too short, indeed.

Jeśli nie na ślub, to choćby dla widoków. Świetne jedzenie, forty, dużo historii i przecudne wąskie uliczki wiodące na szczyt Srebrnej Góry. W istocie, ten weekend był zbyt krótki.


Srebrna Gora, Poland, Lower Silesia.
Tools: as usual Rapitograph Rotring 0,18 / 0,25 and small Moleskine sketchbook.







****
Long awaiting holiday did finally come. So did sun, hot weather and much much more time for me and my hobbies. Expect some more sketches soon and more travelling inspirations :).

L.


***

The post was about Srebrna Góra (read: s-reb-r-na goo-rah) and that hotel unfortunately did not pay me for recommending them. Nonetheless, they were fantastic if it comes to serving vegan dishes on the superb level and couple of other things. Hence, recommendation is deserved :).